Natalla Bordak: długo słuchałam, ale nie mogłam milczeć

Апошняе абнаўленне: 3 listopada 2026
Natalla Bordak: długo słuchałam, ale nie mogłam milczeć

To wywiad jest częścią zbioru „Głos pokolenia wolności” – żywego świadectwa twórczej i obywatelskiej obecności tych, którzy nie utracili swojego głosu nawet na wygnaniu. Zbiór opowiada o laureatach nagrody „Głos pokolenia wolności”, ustanowionej przez Białoruski PEN we współpracy z Centrum Praw Człowieka „Viasna” (Human Rights Center “Viasna”), Białoruskim Stowarzyszeniem Dziennikarzy (Belarusian Association of Journalists), Press Clubem Belarus (Press Club Belarus) oraz Fundacją „Wolna Prasa dla Europy Wschodniej” (Free Press for Eastern Europe) i Fundacja Alesia Bialackiego.

7 listopada 2026 roku (sobota) o godz. 18:00 w Europejskim Centrum Solidarności (Gdańsk, plac Solidarności 1) odbędzie się publiczna dyskusja z udziałem laureatów i laureatek oraz prezentacja zbioru „Głos pokolenia wolności”.

Natalla Bordak (Natałka Chvoia). Urodziła się w 1960 roku. Ukończyła Uniwersytet Kultury i Sztuki w Mińsku. Za działalność społeczną wielokrotnie karana grzywnami i aresztem administracyjnym. Poetka i malarka. W 2026 roku ukazuje się jej zbiór wierszy i reprodukcji obrazów „Trzy krople”. Na przymusowej emigracji zorganizowała kilkanaście wystaw swoich prac.

Krótko o tym, co ważne

– Co w młodości oznaczało dla pani słowo „my”?

– Rodzinę, niezawodnych przyjaciół, wspólnotę – ludzi, którzy cię rozumieją, wspierają i kochają.

– Co w radzieckim porządku uważała pani za naturalne?

– Kulturę, pieśni ludowe. I jeszcze szczerość zwykłych ludzi wobec siebie nawzajem.

– Jaki był moment, kiedy z zasady sprzeciwiła się pani opinii większości?

– W akademiku w Pińsku pewna zuchwała dziewczyna doprowadzała do łez cichą dziewczynę z wierzącej rodziny, obrażając ją. Wszyscy udawali, że niczego nie widzą, a ja nie milczałam – stanęłam w jej obronie.

Wtedy i mnie się dostało: tamta była silniejsza, pobiła mnie. Bolało, ale byłam dumna, że przyjęłam cios na siebie. I po raz pierwszy poczułam, co to znaczy cierpieć za prawdę i w obronie słabszego.

– Kiedy Białoruś stała się dla pani czymś osobistym?

– Najpierw utożsamia się ją z małą ojczyzną, w której się dorastało. Potem to uczucie rozszerza się wraz z dojrzewaniem. I gdzieś około dwudziestego piątego roku życia przyszło jasne zrozumienie: jestem częścią swojej Ojczyzny.

– Co jest trudniejsze: przestać wierzyć państwu, przestać się go bać czy nauczyć się brać odpowiedzialność na siebie?

– Państwo robi swoje, a kraj pozostaje twoją ukochaną Ojczyzną. Nie trzeba się bać, lecz zmusić państwo, by szanowało człowieka i jego wybór.

– Rok 2020 był wynikiem stopniowych zmian w społeczeństwie czy nagłym wybuchem?

– Ciągłością wydarzeń. Logicznym rezultatem wszystkiego, co nagromadziło się w społeczeństwie. Narastało, dojrzewało – aż w końcu wybuchło.

– Czy istnieje dziś białoruskie „my”?

– Każdy z osobna niesie swoją kropelkę do wspólnego nurtu. I jeśli doniesiemy ją do morza białoruskiej duszy, wtedy staniemy się prawdziwym „my”.

W dzieciństwie Natalli Bordak często mówiono: „Milcz, jesteś jeszcze mała”. I milczała – do czasu. Potem był Czarnobyl i wyprawa do Moskwy z żądaniem prawdy, pierwsze wiersze i białoruskie pieśni śpiewane ze sceny, własnoręcznie szyte biało-czerwono-białe flagi i antywojenny transparent z 2014 roku. W 2020 roku za własny głos przyszło już płacić dniami aresztu: w celi śpiewała „Mahutny Boża”, dopóki funkcjonariusz OMON-u nie zamknął lufcika, żeby nie było jej słychać na ulicy, a dwucentymetrowym kawałkiem ołówka zapisała na serwetce: „Jak to się stało, że nie polegliśmy i nie zamilkliśmy?”.

Rozmawiamy z poetką i malarką Natallą Bordak o poleskiej wsi, gdzie o przeszłości „po poleszucku milczano”, o Czarnobylu i białoruskim przebudzeniu lat dziewięćdziesiątych, strachu i nieposłuszeństwie, wojnie i sztuce. A także o nowym białoruskim „my”, które poczuła, kiedy młodszy syn chwycił ją za rękę i poprowadził przez mińskie podwórka.

Lewe ucho pieścił miękki surżyk, a prawe – soczysta, wyrazista trasianka

– Kiedy po raz pierwszy poczuła pani, że coś w tym radzieckim życiu jest nie tak?

– Pamiętam, jak w szkole w Chojnikach wysyłano nas na demonstracje. Ustawiano w szeregi, maszerowaliśmy kolumnami przez plac, wszyscy krzyczeli: „Hura!”. A ja nijak nie mogłam pojąć: jak można krzyczeć do tego betonowego bożka na piedestale: „Chwała!”, „Niech żyje!”? Wydawało mi się to zarazem śmieszne, niedorzeczne i tragiczne.

Już w szkole rosłam z wolną myślą. A wolna myśl pochodziła ze wsi. Z naszej cichej wioski o nazwie Karczowaje.

– Już sama nazwa przykuwa uwagę… Brzmi dramatycznie – karcze, wykarczowane pnie…

– Opowiem panu jeszcze inną historię. Kiedy ostatnio przyjechałam do domu, na groby rodziców, zauważyłam, że wymieniono tablicę przy wjeździe. Zamiast nazwy, którą znałam od urodzenia – Akciabr. Historyczną nazwę po prostu wyrzucono. A przecież tych Akciabrów jest na Białorusi bez liku. Tak się zadomowił stary radziecki szablon – i dziś bez niego ani rusz! „Kreatywność” aż kipi…

– A ludzie przełknęli to w milczeniu? Wsi przecież faktycznie zmieniono imię.

– No bo Białorusini, wie pan: może tak trzeba?…

Dawniej mieliśmy nawet szkołę białoruskojęzyczną, wszystkie podręczniki były w naszym języku.

– Nauczanie to jedno, ale jak mówiła sama wieś? Byliście przecież niemal na granicy z Ukrainą, niedaleko Karmy.

– Lewe ucho pieścił miękki surżyk, a prawe – dobra, soczysta trasianka.

Moja mama przepięknie śpiewała białoruskie pieśni ludowe. Dorastałam przy jej głosie, przy jej śpiewie. Kiedy schodzili się goście – na chrzciny, na świętego Mikołaja czy inne święta – przychodziła cała rodzina ze wsi: wujkowie, ciocie, kuzyni i kuzynki. Prawdziwa więź bliskich ludzi, kiedy wszystkim jest przytulnie i ciepło.

Była też tałaka, wzajemna pomoc przy pracy: jesienią i wiosną pomagano sobie w ogrodach. To była wspólnota, naturalne wzajemne wsparcie, bez radzieckiej kolektywistycznej otoczki.

– Które z pieśni mamy najbardziej zapadły pani w duszę?

– Bardzo lubiłam „Za mgłą niczego nie widać” – to był jej popisowy utwór. Śpiewała jeszcze wiele innych. Na przykład:

Za zieloniutką łąką

Wdowa zbierała len drobniutki.

Zbierała go, przebierała,

Cienkim głosem zaśpiewała…

A w 1973 roku mama zmarła. Miałam zaledwie dwanaście lat. Zabrał mnie do siebie starszy brat. W ogóle nasza rodzina była duża – jestem szóstym dzieckiem.

– A po tamtej stronie granicy tę pieśń śpiewano niemal tak samo jak u was, właśnie znalazłem w internecie:

Za zieloniutką łąką

wdowa zbierała len drobniutki.

Zbierała go, przebierała,

cienkim głosem zaśpiewała…

Czy wówczas w ogóle czuliście: to jest białoruskie, a to już ukraińskie? Czy wszystko żyło razem i nikomu nie przyszło do głowy układać pieśni w narodowych szufladkach?

– Żyło się tak, jak życie przynosiło. Sąsiedztwo było naturalne, więc nikt się nad nim nie zastanawiał. A jeśli ktoś miał własne, szczególne zdanie, to po poleszucku milczał.

Proszę sobie wyobrazić: granica dwóch republik, wiele podobieństw w mowie, zwyczajach, haftowanych koszulach i ręcznikach – i wiele różnic. Ale nikt o tym nie rozmawiał – ani w rodzinie, ani wśród sąsiadów. Ludzie żyli swoim życiem.

Dopiero później, w latach osiemdziesiątych i po nich, przeszłość zaczęła się powoli odsłaniać. I co dziwne: o tym samym Gułagu się dowiedziano, ale o tym, jak i kto z naszych tam trafił, wciąż niewiele mówiono.

Jak wszystko było ukryte i utajnione, tak w dużej mierze pozostało. No, może trochę się uchyliło – a teraz znów się zamknęło. Czego innego oczekiwać, skoro staliśmy się Akciabrem?

– Może pieśń była sposobem, by choć na chwilę wyrwać się z tej trudnej egzystencji?

– Chłopska praca była naprawdę katorżnicza. Od rana do wieczora – zwierzęta, pole, ziemniaki, obornik. Brakowało maszyn. A święto jakby wyprowadzało z tej codzienności – ku spokojowi, łagodności, pięknu duszy. Było oddechem, możliwością oderwania się od kłamstwa i fałszu, które lały się z gazet.

Zmuszano nas przecież do prenumerowania tych „Prawd”, „Trudów”, „Izwiestij”, różnych „Radzieckich Polesi”… A ludzie nie chcieli ich czytać, bo w życiu działo się coś zupełnie innego niż na papierze. Dzięki pieśni ludowej dusza człowieka uwalniała się od kłamstwa.

– Iwan Mieleż, pani słynny krajan, pisał właśnie o ziemi chojnickiej. Czy mieszkańcy wsi rozpoznawali siebie w „Ludziach na bagnie”?

– Pamiętam wycieczkę w strony Mieleża. Stałam, wpatrywałam się w przestrzeń i myślałam: jak to wszystko nie wciągnęło ludzi w swoje bagno? Jak przetrwali, jak zdołali ocalić siebie? Miałam wrażenie, jakbym sama przeżyła tamten czas i wydarzenia – tak były mi bliskie.

A mieszkańcy wsi, zwykli sąsiedzi… Nie czuli jakiejś patetycznej dumy. Ale żyła w nich świadomość: jesteśmy prostymi ludźmi pod szarym niebem, a Bóg właśnie nam zesłał swoją gwiazdę – Iwana Mieleża – żebyśmy nie zapomnieli, kim naprawdę jesteśmy.

Jesteśmy prości, ale mamy godność, pracowitość i własną odrębność. Od Pana Boga mamy naszą ziemię i ojczysty język, który odróżnia nas od innych ludów i narodów.

– Mówi pani: prości ludzie, ale z godnością. A kiedy sama poczuła pani, że własne „ja” też ma prawo do głosu?

– W dzieciństwie i młodości zawsze mi mówiono: „Ja to ostatnia litera alfabetu”. Mądrale… Byłam najmłodsza w rodzinie, a kiedy próbowałam coś powiedzieć, słyszałam: „Milcz, jesteś jeszcze mała”. Nawet gdy bracia się żenili, a ja miałam już jakieś osiemnaście lat, nadal powtarzali: „Jesteś jeszcze mała”.

I milczałam. Do czasu. Ale potem nadszedł moment, kiedy zrozumiałam: trzeba mówić, mieć własny głos i pozostawić po sobie ślad.

To wcale nie jest proste. W rezultacie od lat nie mam kontaktu z krewnymi. Z powodu mojej postawy: już w 2014 roku otwarcie wystąpiłam przeciwko wojnie w Ukrainie. Bliscy wcześniej trochę bali się o mnie z powodu tego, co mówiłam, a później niektórzy po prostu się odwrócili.

Poza tym teraz kontakty ze mną są dla nich niebezpieczne. W 2021 roku wyjechaliśmy z synami, córka już od dawna mieszkała za granicą. I kontakt z resztą rodziny się urwał.

Moją małą córeczkę pod murami Kremla, w czarnej pelerynce z napisem „Czarnobyl – nasz ból”, bez przerwy fotografowano

– 26 kwietnia 1986 roku wybuchł reaktor w Czarnobylu. Kiedy zrozumiała pani, że to nie odległa awaria, lecz wasze własne nieszczęście?

– Mój tata został wtedy w Chojnikach, a ja mieszkałam z małymi dziećmi w Homlu. Przyjeżdżałam do ojca w odwiedziny i słyszałam najróżniejsze pogłoski. Mówiono, że trzeba kupować jod, smarować tarczycę, zażywać jakieś tabletki…

Ojciec niedługo potem zmarł; na pogrzebie o promieniowaniu mówiono już bardziej otwarcie. Ostrzegano, że nie wolno zbierać grzybów, poziomek i innych jagód. Początkowo przestraszeni ludzie zawozili to wszystko do kontroli pod kątem radionuklidów, kupowali dozymetry.

A potem zaczęto wyciszać temat, już na szczeblu państwowym. Wszystko przedstawiano tak, jakby nic strasznego się nie stało: można żyć, wszystko jest czyste. I dozymetry zniknęły, strach minął.

O tym też mam wiersz:

Unosił się pluton w powietrzu,

Szalał niewidzialny i zły,

Niebezpiecznym promieniowaniem

Otulał ludzkie życia i dni.

Kołysał się młodziutki lasek,

Obmyty cezową rosą.

Zaczął się kwietniowy rachunek,

Nadszedł czas – psychozoik.

– A 1 maja 1986 roku wyszła pani razem z innymi na pochód w Homlu?

– Pracowałam jako plastyczka w zakładach chemicznych, malowałam różne szyldy i plakaty. Szliśmy z kolegami z wydziału w kolumnie ulicami Homla. Wiał silny wiatr, wzbijał tumany kurzu, a my wszyscy tym oddychaliśmy. Żadnych masek, żadnej ochrony – nikt niczego nie wiedział, chociaż od awarii minął już prawie tydzień.

Później zaczęły docierać pogłoski, że promieniowanie bardzo silnie oddziałuje na dzieci, i przestraszyłam się. Siostra zabrała nas do Mińska, gdzie przebadaliśmy się w ośrodku radiologicznym.

W 1990 roku działał program charytatywny „Dzieci Czarnobyla”, zorganizowany przez Hienadzia Hruszawego. Pomogli nam dobrzy znajomi z Homla: mogliśmy polecieć samolotem na pobyt zdrowotny do Niemiec. To bardzo pomogło naszemu zdrowiu.

– W 1990 roku przeszła pani Czarnobylskim Szlakiem aż do Moskwy, razem z ludźmi ze skażonych rejonów. Z jaką prawdą Białorusini pukali do drzwi Kremla?

– Mieliśmy dość milczenia o skutkach awarii, ignorowania potrzeb ludzi ze strefy, braku pomocy i perspektyw.

Symboliczne było miejsce zbiórki: obok homelskiego cyrku, przy placu z czołgiem… Przyjechali ludzie z Brahina, Narowli, Chojnik i Homla – łącznie sześć czy siedem autobusów. Byli to zwyczajni mężczyźni, chłopcy, dziewczęta, kobiety, których dziś nazwano by aktywistami. Wielu należało do Białoruskiego Frontu Ludowego. Mnie też często przypisywano do Frontu, chociaż formalnie do niego nie wstąpiłam, byłam natomiast członkinią Towarzystwa Języka Białoruskiego.

Po drodze dołączyli ludzie z Mohylewa. Pamiętam, że nocowaliśmy w polu. Kiedy dotarliśmy do centrum Moskwy, wzięliśmy biało-czerwono-białe flagi, transparenty i ruszyliśmy w marszu. Było bardzo gorąco – lato, 23 lipca. Dzieciom ciężko było w tym upale.

– A milicja próbowała was zatrzymać?

– Tak mówiono, ale ja tego nie widziałam. Mnie przydarzyła się wtedy inna, dziwna historia. Idę z maluchami, pocimy się, aż nagle obok zatrzymuje się milicyjna wołga:

– Niech pani wsadzi dzieci do samochodu, ledwie idą.

– Dobrze, ale razem ze mną!

I tak na czele kolumny przejechaliśmy powoli około kilometra – aż pod sam Kreml.

Nie od razu, ale przedstawicieli delegacji ostatecznie przyjęto – i przekazali petycję Nikołajowi Ryżkowowi, ówczesnemu przewodniczącemu Rady Ministrów ZSRR.

A my jeszcze przez kilka dni zbieraliśmy się pod murami Kremla. Dziennikarzy było tam naprawdę bardzo wielu. Moją małą córeczkę w czarnej pelerynce z napisem „Czarnobyl – nasz ból” bez przerwy fotografowano.

Przywieźliśmy zresztą mnóstwo plakatów i transparentów z żądaniem prawdy o poziomach promieniowania i natychmiastowych przesiedleń. Na wszystkich ogromne wrażenie robiły wydrukowane zdjęcia chorych dzieci. Mieliśmy także alternatywne wobec oficjalnych mapy skażonych terenów, z wynikami pomiarów promieniowania. Pomogli w tym uczciwi białoruscy naukowcy pod kierownictwem Nikitczanki.

A najważniejszym symbolem duchowym stała się słynna ikona „Matka Boża Ofiar Czarnobyla”, namalowana nieco wcześniej przez Alesia Maraczkina.

Oprócz wieców na Placu Czerwonym rozdawaliśmy ulotki deputowanym ludowym ZSRR przy hotelu „Rossija” i Kremlowskim Pałacu Zjazdów.

– Paradoks: oficjalny Mińsk nie popierał akcji, a lokalne władze nawet pomogły wam zorganizować wyjazd do Moskwy?

– Tak. Specjalne peleryny i koszulki uszyto dla nas w homelskiej fabryce „8 Marca”, a ja sama domalowywałam tam gwaszem biało-czerwone barwy. I autobusy udostępnili homelscy urzędnicy – w praktyce na miejscu otrzymaliśmy zgodę: jedźcie.

– Nie bała się pani jechać do Moskwy z takim protestem? ZSRR przecież jeszcze istniał.

– Oczywiście. To wciąż był Związek Radziecki, choć już poważnie chory. Ale ponad strachem była ogromna nadzieja, że po przekazaniu petycji problemy skażonych stref wreszcie zaczną być rozwiązywane.

Wracaliśmy do domu niesieni niesamowitym entuzjazmem. Chociaż „Sowietskaja Biełorussija”, „Zwiazda” i telewizja przedstawiały akcję jako „prowokację nacjonalistów z BFL”, próbę „rozkołysania łodzi” i udaremnienia pierestrojki, zwykli Poleszucy byli z nas bardzo dumni i wierzyli w dobry rezultat.

I rzeczywiście, wkrótce zaczęto podejmować decyzje o statusie skażonych terenów, a ludność stref ewakuacji i przesiedleń otrzymała pewne ulgi.

Jeśli chodzi o kontekst polityczny… Wśród ludzi nie było wtedy jego głębokiego zrozumienia. W strefie czuło się raczej rozpacz: „No, tak się stało – i co możemy zrobić?”.

Dzięki Frontowi rozpowszechniano ulotki z informacjami politycznymi. Ale znacznie silniej niż one podziałała na ludzi pogłoska, że chmura radioaktywna początkowo kierowała się nad Rosję, a potem za pomocą samolotów wywołano deszcz nad naszymi wschodnimi obwodami. Jakby spuszczono na Białoruś całe radioaktywne świństwo.

To wszystkich mocno oburzyło.

Symboliczny obraz: betonowe ręce żołnierzy odpadły, sterczą pręty zbrojeniowe, a oni uparcie trzymają swoje automaty

– I właśnie w 1990 roku po raz pierwszy publicznie przeczytała pani swój wiersz. Przypadkowy zbieg okoliczności?

– Trwało narodowe i kulturalne przebudzenie. Moi przyjaciele otworzyli filię Białoruskiego Liceum Humanistycznego. Założyliśmy wspólnotę „Tałaka”, spotykaliśmy się w Centrum Młodzieży na Sielmaszu, prowadziliśmy niedzielną szkołę dla białoruskich dzieci, organizowaliśmy wieczory kulturalne.

I jakoś zupełnie naturalnie otrzymaliśmy zgodę na spotkanie w Pałacu Młodzieży przy Homselmaszu.

Przyjechali znani bardowie: Aleś i Kasia Kamoccy, Lera Som, Siarżuk Sokałau-Wojusz… To był rok 1990. Krytyk muzyczny Witaut Martynienka, świeć Panie nad jego duszą, opublikował w „Czyrwonaj Zmienie” artykuł o tym wydarzeniu zatytułowany „Jestem z wami szczera”.

– I ile osób przyszło na to szczere spotkanie?

– Sala była wypełniona po brzegi! Bardzo wielu ludzi spragnionych było wówczas białoruskiego słowa, pieśni bardowskiej. Ja też wyszłam na scenę i zaśpiewałam bez akompaniamentu ludową „Raczeńkę”.

Chociaż Homel był wtedy miastem niemal całkowicie rosyjskojęzycznym, ten ruch budził ludzi. A moja bliska przyjaciółka powiedziała mi kiedyś coś bardzo ważnego: „Pisz tylko po białorusku. Nie bój się, mów własnym, ojczystym słowem. Idź tą drogą i nigdzie nie zbaczaj!”.

Widzi pan, Bóg zawsze zsyła odpowiedniego człowieka w odpowiednim czasie – kogoś, kto wskazuje drogę.

To był najbardziej intensywny i dający największą nadzieję okres mojego życia. Wydawało się: już za chwilę powstaniemy, podniesiemy się jako naród, o Białorusinach dowie się cały świat. Że nasz głos – choćby cichy, tolerancyjny i spokojny – wreszcie zostanie usłyszany.

Moje dzieci poszły wtedy do białoruskojęzycznego przedszkola, potem do białoruskich klas. Wszystko powoli, ale się zmieniało: tablice przepisywano po białorusku, pojawiły się pierwsze paszporty z Pogonią.

Myślę, że kto naprawdę wówczas to przyjął do serca, nie mógł już tak łatwo z tego zrezygnować.

– Kiedy po raz pierwszy przyszło pani zapłacić za własny głos?

– Zaczęło się od grzywny za aktywność podczas kampanii wyborczej w 2005 roku. W sądzie przeciwko mnie zeznawali miejscowi milicjanci. Jakże kłamali ci słudzy prawa…

– Zastraszyli panią?

– Wręcz przeciwnie. Niedługo potem w Swietłahorsku, w nocy z 1 na 2 stycznia 2007 roku, wywiesiłam biało-czerwono-białą flagę. Sama ją uszyłam, własnymi rękami.

Między najwyższym w mieście, szesnastopiętrowym blokiem a sąsiednim dziewięciopiętrowym rozciągał się gruby kabel. Kilka razy tam przychodziłam, przyglądałam się, rozmyślałam: jak przymocować płachtę?

I wreszcie w święto wzięłam szpulki, sznur… Dwóch znajomych zostało na czatach przy wejściu, a ja za pomocą własnoręcznie zrobionego mechanizmu przymocowałam trzymetrową flagę. Przesunęła się i zatrzymała dokładnie pośrodku – wysoko na niebie.

Wszyscy porzucili noworoczne zabawy z fajerwerkami, śnieżkami, śpiewem i tańcami i patrzyli, jak wysoko powiewa nasza flaga. Przez całą godzinę milicjanci nie mogli jej zdjąć!

Później, w 2010 roku, moja córka studiowała w Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi projektowanie graficzne tekstyliów i odzieży, wygrała konkurs twórczy i otrzymała w prezencie maszynę do szycia. Przywiozła mi ją do Nieświeża. Uszyłam na niej jeszcze bardzo wiele flag…

– A władze też pozostawały konsekwentne? Kiedy zabrały się za panią na poważnie?

– Po raz pierwszy trafiłam do aresztu administracyjnego za protest przeciwko wojnie w Ukrainie.

Było to 9 maja 2014 roku. Miasto zgromadziło się na oficjalnych uroczystościach w parku nieświeskim. Przygotowałam na nie plakat – nie namalowany farbami, ale z liter wyciętych z kolorowego papieru. Żółtych i niebieskich. Oczywiście chodziło o Ukrainę. A słowo „putinowska” zrobiłam na brązowo, bo ten kolor symbolizuje faszyzm. Bardzo mocno poczułam: właśnie tak, a nie inaczej.

Obeszłam zamkowy wał – plakat zobaczyło mnóstwo ludzi.

Śledzili mnie ludzie po cywilnemu. Najwyraźniej czekali na dogodny moment i nie chcieli publicznego skandalu.

– Jak reagowali mieszkańcy Nieświeża?

– Bardzo różnie. Ktoś ze złością krzyczał za mną: „Jedź na swoją Ukrainę, czego tu występujesz?!”. A ktoś inny przeciwnie, pokazywał kciuk w górę – brawo.

Wreszcie podbiegli, złapali mnie – i się zaczęło. Sądzono mnie za ten plakat chyba z sześć razy: raz w Mińsku, raz w Nieświeżu, przerzucano sprawę tam i z powrotem, ale ostatecznie zapłaciłam tylko wysoką grzywnę.

W sądzie powiedziałam: „Dorastają moi synowie i nie chcę, żeby wysłano ich na wojnę”.

To było dla mnie najważniejsze.

A w 2021 roku, kilka miesięcy przed pełnoskalową inwazją, nagle przyszły mi do głowy trzy wersy:

Kraj w stanie wojny,

Kraj w stanie winy,

Kraj wstanie…

Przeczucie wielkiego nieszczęścia. Być może jakiś dar Boży czy dziedzictwo przodków, płynące z głębi wieków.

– W kraju przemawiała pani za pomocą plakatów, a na emigracji dołączyły do nich wystawy: „Paleta wolności”, „Serce na wygnaniu”, „Wolność dobra jak chleb”. Co próbuje pani teraz powiedzieć obrazami?

– Zresztą nie tylko je pokazuję, lecz także opowiadam historię powstania każdego z nich.

Na przykład „W przededniu wojny”. To początek 2022 roku, kiedy ze Stanów Zjednoczonych dochodziły coraz bardziej otwarte ostrzeżenia o możliwym ataku Rosji na Ukrainę, ale wielu nie chciało wierzyć. Wtedy zaczął powstawać u mnie bardzo mroczny obraz pełen ruin. Malowałam go dwa miesiące.

24 lutego 2022 roku kończyłam go: nakładałam złocistożółte barwy przechodzące w błękit. Nagle wchodzi sąsiad, widzi ten obraz i mówi tak zdezorientowany: „Przecież dziś zaczęła się wojna…”.

A ja nic nie wiedziałam. Malowałam, nie zaglądałam do internetu.

– A co znajduje się pośrodku?

– Dziewczyna w czerwieni niesie latarnię. Czerwień to kolor ukraińskiego stroju ludowego, życia i zwycięstwa nad ciemnością.

– Maluje pani również konkretne osoby: Alesia Puszkina, Palinę Szarendę-Panasiuk. Dlaczego właśnie ich?

– Jeśli chodzi o Palinę, bardzo chciałam ukazać jej szczerą, waleczną duszę i niezłomny charakter. Na obrazie trzyma miecz w jednej ręce, a w drugiej tarczę-skrzydło: jakąś duchową więź, która przychodzi nie wiadomo skąd, może z góry.

Z Puszkinem zaś było inaczej. Jakby sam namalował się na płótnie – w swoim słynnym kapeluszu. Dodałam maleńką, ledwie widoczną biało-czerwono-białą flagę. Na obrazie jest widziany od tyłu, idzie ku światłu i niesie swoją ideę, swoją artystyczną duszę.

Kiedy nadeszła straszna wiadomość, że Aleś zmarł w więzieniu, bardzo trudno było mi malować portrety.

– Znaliście się osobiście?

– W 2017 roku pojechaliśmy razem na pielgrzymkę: Katyń i Smoleńsk. Aleś szedł na przedzie i niósł ikonę Matki Bożej, pozostali za nim, jak za latarnią morską.

W Katyniu zabroniono biało-czerwono-białych flag, więc zdjęliśmy je – ustawiliśmy się z samymi drzewcami i ruszyliśmy. Pomodliliśmy się – i dalej, do miejsca katastrofy polskiego samolotu pod Smoleńskiem. Drogę zamknięto szlabanem na kłódkę, stał strażnik i nikogo nie wpuszczał.

Zostawiliśmy autobus i ruszyliśmy na przełaj, przez krzaki i wysoką trawę. Aleś znów pierwszy, z ikoną…

– Dwie tragedie połączone jednym miejscem. O czym pani tam myślała?

– Oprócz przeżywania tego strasznego nieszczęścia uderzyła mnie rosyjska ruina. Wszystko rozwalone, porozrzucane… A przy tym co półtora kilometra stoją pomniki z na wpół rozkruszonego radzieckiego betonu – żołnierze z automatami. Bardzo symboliczny obraz: betonowe ręce żołnierzy odpadły, wystają pręty zbrojeniowe, a oni uparcie trzymają swoje automaty…

Nie mają się już czego trzymać – tylko militaryzmu, wojny, tej imperialnej propagandy, która już się rozpada.

– Paźniak ostrzegał przed rosyjskim imperializmem na długo przed obecną wojną i katastrofą smoleńską. Kim był wtedy dla pani?

– Zianon Stanisławowicz to prawdziwy białoruski monolit, człowiek z krzemienia. Punkt odniesienia dla świadomości narodowej.

W 1990 albo 1991 roku przyjechaliśmy z Homla na plac w Mińsku, aby wesprzeć deputowanych opozycji. Pan Paźniak specjalnie wyszedł z budynku Rady Najwyższej z dokumentami (uchwalano wtedy historyczne ustawy, trwała walka z komunizmem) – prosto do nas.

Wyciągnęłam rękę i powiedziałam: „Dziękuję, że pan jest!”.

I ponad trzydzieści lat później spotkałam go już w Warszawie i przypomniałam tamto spotkanie. Oczywiście nie pamiętał. Ale dla mnie bardzo ważne było, by ponownie uścisnąć dłoń człowieka, który stał się symbolem białoruskiego odrodzenia.

Dzięki Bogu, że żyje i że mamy taką osobę.

– A czym dla pani osobiście stał się rok 2020?

– Zatrzymano mnie wprost w lokalu wyborczym i zawieziono na milicję. Dzień wcześniej, podczas przedwyborczego pikietu, występowałam przed mieszkańcami miasta przy otwartym mikrofonie. Napisałam i odczytałam tekst o tym, że ledwie żyjemy od kłamstw: lekarze są zmęczeni kłamaniem o covidzie, nauczyciele w komisjach wyborczych – fałszowaniem wyborów, milicja – chwytaniem ludzi bez powodu i wsadzaniem ich za kratki. I wszystko to trwa od dziesięcioleci, przez więzienia przeszły setki i tysiące Białorusinów.

Nie wiedziałam, jak zakończyło się głosowanie, ani co działo się wieczorem w mieście. Tylko słyszałam w celi, jak przywożono młodych chłopaków: milicjanci ich obrażali, niektórych bili.

A ja byłam sama. To było przerażające.

Sądzono mnie wprost w piwnicy nieświeskiego rejonowego oddziału spraw wewnętrznych. W 2014 roku prowadzono mnie jeszcze przez podwórze do sali sądowej, a teraz w podziemiu ustawiono żelazną klatkę metr na metr. Wpychają cię tam, zamykają, a sędzia i protokolantka odczytują wyrok.

Dostałam dziesięć dni aresztu za „chuligaństwo”.

Przez cały ten czas słyszałam, jak ulicami jeździły samochody, trąbiły, wiatr przynosił urywki pieśni „Zburz mury więzienia”. Kiedy robiło mi się naprawdę ciężko, śpiewałam w celi „Mahutny Boża” i inne ulubione pieśni, które przychodziły mi do głowy.

Nagle otwierają się drzwi, wpada potężny funkcjonariusz OMON-u ubrany na czarno, z wielką metalową pałką, i szczelnie zamyka lufcik, żeby nie było mnie słychać na ulicy. Uciszyli mnie.

W celi zaczęło brakować powietrza, poczułam się bardzo źle. Przyjechało pogotowie, dziewczyny z personelu medycznego w milczeniu podały mi jakieś leki. Trochę się uspokoiłam i zdołałam odsiedzieć resztę kary.

– I właśnie wtedy w celi napisała pani wiersz na serwetce. Czym?

– Młodszy syn zdołał przekazać dosłownie kawałeczek ołówka, może ze dwa centymetry. Włożył go do skarpetki, mocno zwinął, schował w rzeczach, które wreszcie mi przekazano. Wtedy było to jeszcze dozwolone.

I tak udało mi się zapisać wersy, które powstały w myślach. Moja spowiedź i nasza białoruska droga:

Skąd uciekaliśmy, dokąd pędziliśmy?

Jak nie polegliśmy i nie zamilkliśmy?

Kogo szukaliśmy, komu śpiewaliśmy,

Czego broniliśmy, czym za to płaciliśmy?

Z kim na podwórku dzieliliśmy nastroje,

O wolnym losie gwarząc bez ustanku?

Po kim płakaliśmy w ostatniej drodze,

Jakbyśmy sami – każdy razem z każdym?

Chcieliśmy znaleźć swój wspólny kod,

I razem stanęliśmy w zwartych szeregach.

– A potem zatrzymano już pani syna?

– 1 listopada 2020 roku, w Kuropatach. Nie wiedziałam, gdzie jest, i bardzo spanikowałam. Ze znajomymi szukaliśmy go najpierw w Żodzinie, potem na Akreścina – nigdzie go nie było.

Zadzwoniłam pod numer 102, przedstawiłam się. Podałam nazwisko. Myślę, że wtedy zobaczyli całą moją aktywność na Facebooku: były tam zdjęcia z kobiecej akcji w Mińsku 10 i 11 października, z protestu naprzeciwko Pałacu Sportu. A wtedy sądzono już nawet za biało-czerwone ubrania na zdjęciach.

W końcu wszczęli postępowanie administracyjne, wezwali mnie na milicję, przez trzy godziny przesłuchiwali. I wyrok – siedem dni aresztu.

A ja właśnie wtedy zrobiłam test na covid, który wyszedł dodatni. W szpitalu potwierdzono diagnozę i odesłano mnie do domu na izolację.

Wkrótce zapukało dwóch milicjantów z teczką: „Wasiljeuna, proszę się zbierać”.

Torba już stała gotowa w korytarzu…

Kiedy odsiadywałam kolejny wyrok, po raz pierwszy pojawił się prawdziwy strach: że mogę nie wyjść, że dopiszą mi nowe kary, a ja przy swoim zdrowiu i po przebytych operacjach po prostu nie przeżyję w więzieniu.

– A pośród całego tego strachu był moment, kiedy nagle poczuła pani coś zupełnie przeciwnego – szczęście, jedność?

– Najszczęśliwszym momentem w 2020 roku był ten, kiedy syn chwycił mnie za rękę i biegliśmy przez mińskie podwórka na Niamiże, uciekając przed funkcjonariuszami OMON-u, którzy wysiedli z więźniarek i zaczęli łapać wszystkich jak leci.

Mój młodszy syn jest zresztą bardzo wysoki i szczupły, miał niedowagę w stosunku do wzrostu i problem z zastawką serca – dlatego nawet nie wzięli go do wojska. Ale wtedy ten niepozorny chłopak tak mocno ciągnął mnie za sobą, że ledwie nadążałam za jego długimi krokami.

Kiedy to wspominam, zawsze łzy płyną mi z oczu.

Na tym chyba polega nasze nowe białoruskie „my”: młodsi i silniejsi ratują słabszych, tak jak powinno być w jednej wielkiej rodzinie.

Kiedyś mówiono mi: „Jesteś jeszcze mała, milcz”. A teraz syn bierze mnie za rękę, ratuje. I biegnę za nim…